piątek, 20 lutego 2015

Akt I (cz.VI)

ZNIKNIĘCIE

 

Mag spoczywał przy ognisku. Skończył obserwację obozu i starał się nie zanudzić. Liczył w myślach najemników, tak jak przed snem liczy się owce. Gdy skończy będzie wiedział, ilu musi zabić w najbliższej przyszłości. Nagle wyczuł, że ktoś zbliża się do niego szybkim krokiem. Uczucie obrzydzenia podpowiedziało mu, że to jego ulubiony, przymusowy "towarzysz".  
Dwaj mężczyźni od samego początku znajomości nie pałali do siebie przyjaźnią.

- Co taki ponury siedzisz, kupcze? - zagadnął Reevos, uśmiechając się i siadając na ławie tuż przy Xalixynie. Widocznie cała ta sytuacja bawiła najemnika. - Co teraz zrobisz bez tych swoich sukienek?

Xalixyn westchnął ciężko, udając zrezygnowanie.

 - Będę musiał wrócić w moje rodzime strony po nowe towary. Mam nadzieję, że moja klientka nie rozkaże mnie ściąć za opóźnienie. Będę wiedział na drugi raz, aby omijać te tereny, w których grasują złodzieje sukien. - uniósł lekko kąciki ust, gdy jego głowę nawiedziła całkiem zabawna wizja: wyobraził sobie przez moment łysego, wielkiego człeka w jednej z tych kolorowych szmatek. 

Oczywiście magowi było wszystko jedno, co się stanie z tymi łachmanami. Miał je wyrzucić wcześniej, ale wpadł na pomysł, że Otillo będzie je nosił w plecaku, aż do momentu, w którym sam pozbędzie się tego niepotrzebnego ciężaru. To miała być dla niego lekcja.

Reevos dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że kogoś brakuje.

 - Gdzie chłopak? - nagłe zdziwienie wyrwało się z jego ust, a uśmiech zmył się z twarzy. - Wrzuciłeś go do ognia?! - warknął. 

- Skądże. - mag odpowiedział bez większych emocji. - Jest moim tragarzem. Chyba nie myślisz, że będę nosił swoje towary na plecach? - uniósł brew, przyglądając się zdezorientowanej twarzy wojownika. Po kilku chwilach milczenia machnął głową, wskazując najdalszy i najciemniejszy zakątek obozu, gdzie znajdowało się kilka latryn. - Jest tam. - spojrzał w kierunku drewnianych budek, od których ludzie trzymali się z dala. Chyba że dopadła ich nagła potrzeba. - I ja też będę musiał zaraz tam zawędrować. - niechętnie dodał.

Rozjuszony wojownik rozejrzał się w około i zaraz po tym podniósł się szybko z ławy.

W pobliżu tylko dwóch najemników wyglądało na takich, którzy zachowali jeszcze trzeźwy umysł. Rozmawiali ze sobą, śmiejąc się od czasu do czasu.

- Wy! - krzyknął. 

Najemnicy podskoczyli, słysząc nagły krzyk. Zdali sobie sprawę, że należał on do ich przywódcy. Czasami człek ten był tak nieobliczalny, że nie wiedzieli, czego się po nim spodziewać. Jego nastrój był jedną wielka huśtawką.
Nie odpowiedzieli nic, tylko stanęli na baczność.

- Weźmiecie ze sobą tego kupca i pójdziecie do latryn. Przy okazji przyprowadźcie dzieciaka. Przypilnujcie ich, żeby nie panoszyli się za bardzo po obozie, zrozumiano?! - powiedział podniesionym głosem. 

Jego zachowanie wydawało się trochę dziwne. Co sam dzieciak mógł zrobić w obozie pełnym wojowników i łowców? Bo przeczuwał, że żaden mag nie uraczył ich towarzystwem w wyprawie. Przynajmniej Xalixyn  żadnego nie wyczuł, a od samego początku skupił się właśnie na tym. Widocznie obawiał się, że malec może zagrozić jego pani? Ona jest słabym punktem ich wszystkich? 

Szedł teraz w stronę latryn, zostawiając za sobą ognisko i rozzłoszczonego przywódcę najemników. 
Gdy tylko do jego nozdrzy dotarł nagły fetor, mag musiał porzucić dalsze rozmyślanie nad tym, co kryło się za maską gniewu Reevosa. Złapał się palcami za nos, ponieważ nie był przyzwyczajony do takich zapachów. 

Kilka drewnianych budek stało obok siebie. Niektóre otwarte, inne zaś zamknięte, a w jednej z tych zamkniętych miał być Otillo - oczywiście, ten był gdzie indziej.

- Co za smród! - jęknął jeden z najemników. 

Zwał się Butt: niski i gruby. Pulchności miał w sobie tyle, że o mało co nie rozerwała pierścieni kolczugi. Nawet ona nie zakrywała w całości jego dużego brzucha, który wylewał się na boki. Małe brązowe oczka osadzone w oczodołach spoglądały znad polików z obrzydzeniem na latryny.

- Chcecie tutaj czekać, panowie? - zapytał Xalixyn.

- Musimy. - odpowiedział Butt, poprawiając krótkimi i grubymi palcami szyszak na głowie.

- Reevos nas zabije, jeśli tego nie zrobimy... - dodał drugi najemnik, Irn. 

Irn, był całkowitym przeciwieństwem jego przyjaciela. Syn grabarza: wysoki i chudy z pociągłą twarzą. Cienkie i długie włosy. Smutne i szare oczy przyglądały się w milczeniu Xalixynowi. Wydawało się, że kolczuga na nim wisiała. Mimo wszystko zasięg jego był bardzo pożyteczny, znakomicie władał włócznią, którą właśnie teraz trzymał w dłoniach.

Obaj byli młodzi. Wyglądali na nieco przestraszonych tym wszystkim. Irn - przez wielu porównywalny do chodzącej śmierci - wyglądał przy Butcie jak ponury żniwiarz, czekający cierpliwie na jedną z ofiar miażdżycy.

- Jeżeli chcecie to doradzam poczekać nieco z dala, może ten fetor nie rozsadzi wam nosów. Ja i tak muszę załatwić swoją potrzebę. Niedługo wyjdę. Zresztą będziecie mieli lepszy widok na wszystkie latryny i zawołacie mojego małego tragarza...

Młodzi mężczyźni spojrzeli po sobie i kiwnęli głowami. 

- Ale tylko kilka kroków. Jak za długo nie będziesz wychodzić to rozwalimy te budki, jedną po drugiej! - zagroził Butt. 

- Dobrze, dobrze. Nie musicie się posuwać do takich rzeczy... - odpowiedział mag. Zrobił kilka kroków w przód, zważając na błoto, które powstało z tego wszystkiego co się robi za zamkniętymi drzwiami. Otworzył je, starając się nie oddychać i postawił stopę na desce - to właśnie ona miała chronić przed utonięciem w tych wszystkich odchodach. W międzyczasie, w jego głowie zrodziło się dość interesujące pytanie: jak długo zdoła wytrzymać na bezdechu? - Za chwilę wyjdę. - rzucił te słowa, zanim zamknął drzwi.

Czas wydawał się stawać w miejscu, gdy się na kogoś czekało.

- Długo nie wychodzi... - stwierdził Irn.

- Masz rację. Musimy to sprawdzić.

Najemnicy po krótkiej wymianie zdań dotarli do latryny, w której ostatni raz widzieli maga.
Nagle drzwi otworzyły się na oścież, a mocny podmuch wiatru zmusił ich oczy do zamknięcia się. Gdy tylko otworzyli oczy, nie zauważyli w środku nikogo, jedynie obraz fekaliów, który powodował mdłości.

Obaj momentalnie zbledli, bynajmniej nie od tutejszego zapachu.

- Nie jest dobrze...

środa, 11 lutego 2015

Akt I (cz.V)

 PODGLĄDACZ



- Otworzyć bramę! To ja, Reevos! - zagrzmiał rosły mężczyzna i spojrzał na nowych towarzyszy. Coś mu nie pasowało w jestestwie Nyxliaxa - jak się przedstawił. Ale to nie jemu przypadnie ocena kupca i jego prawdziwej natury, więc szybko odrzucił te myśli od siebie.

Drewniana brama została otworzona. Prowadziła do wnętrza palisady, gdzie rozciągał się widok zwykłego, ale jakże żywego obozowiska. Nadchodziła noc, więc ludzie rozpalali ogniska i dostawiali do nich ławy, aby śmiać się i pić na umór. Dziczyznę piekli nad ogniem, czekając aż stanie się chrupka. Taki był żywot najemnika, gdy nie miał żadnych zleceń.

Widok bawiących się ludzi nie przypadł do gustu Xalixynowi, który przez wiele lat był przyzwyczajony do obecności młodego chłopaka i Gardalha. Niektórych - tych, których woda omijała szerokim łukiem - brzydził się, ale postanowił zdusić w sobie chęć zamordowania wszystkich w tej chwili.

Rozejrzał się po obozowisku.

Wielki namiot w centralnej części palisady przyciągał uwagę każdego. Otillo był weń wpatrzony, jak w jakiś obrazek. Prócz bramy, jaką weszli, były jeszcze dwie - wschodnia i zachodnia. Przy zachodniej widoczna była niewielka stajnia oraz mały patrol najemników w niebieskich, skórzanych zbrojach. Cztery wieże obserwacyjne w każdym rogu palisady miały ostrzegać przed potencjalnym niebezpieczeństwie wszystkich wewnątrz, ale mimo wszystko, gdzieś po środku lasu, w obozowisku, panowała dość sielankowa atmosfera. Kilka drewnianych baraków miało zapewnić schronienie przed nocą. Łatwo można było zauważyć, że robione były w nadmiernym pośpiechu.

Mocne klepnięcie w sam środek pleców wyrwało maga z zamyślenia i o mało co nie przewróciło go. Złapał jednak równowagę i spojrzał na istotę, która powinna była gotowa na wysłuchanie wiązanki przekleństw.

- Do ogniska! - rozkazał Reevos - Poczekacie, aż nasza pani zechce was widzieć. - burknął i pochwycił jedną ręką za plecak Otilla, zabierając go do namiotu, którego wejścia pilnowało dwóch strażników. - A jeśli nie, to zginiecie! - najemnik krzyknął przed samym wejściem i zaraz potem zniknął za zasłoną.

Różnica między strażnikami, a najemnikami była widoczna na pierwszy rzut oka.  Mieli na sobie ciężkie, pełne, płytowe zbroje, a w rękach trzymali drzewce halabardy.

Otillo zadrżał na słowa Reevosa. Wydawał się być silnym mężczyzną, ale nie uważał go za takiego, który daje ponosić się emocjom. Nie pomyślałby, że może chcieć ich zabić, ot tak, za nic. Rzucił spojrzenie na swojego mistrza, który ciągle rozglądał się po obozowisku - widocznie groźby najemnika nie zrobiły na nim wrażenia.

Namiot z zewnątrz nie wydawał się taki przestronny. Dopiero przebywając w środku dostrzegało się jego wielkość. Mimo panującego tam półmroku, wiele rzeczy z pewnością zwracało uwagę przybywających. Miękkie poduchy i futra różnych zwierząt walały się po drewnianej podłodze. Na biblioteczce stały puchary oraz karafka z winem, opróżniona do połowy. Na tronie - bo tylko tak  można określić to duże, zdobione, obite futrem krzesło - siedziała filigranowa istota o płomiennych, kręconych włosach i szmaragdowych oczach. Jej luźna, pomarańczowa szata odsłaniała więcej, niźli zasłaniała.

Mrugnęła kilka razy, gdy zobaczyła jak Reevos wszedł i postawił przed nią duży, skórzany plecak. Założyła nogę na nogę, przez co szata przesunęła się i ukazała jej smukłe i zgrabne udo. Machnęła kilka razy gołą stopą.

- Co to jest Reevosie? - dźwięczny głos wpadł do jego ucha.

- Plecak, moja pani. Nie byle jaki, bo pewnego kupca, podobno tutaj są dobrej jakości suknie..

- Dobrej jakości? Jedwab? - zdziwiła się kobieta i zeskoczyła z tronu na wyprostowane nogi.
Kołysząc biodrami, podeszła do plecaka i pochyliła się, czekając na odpowiedź.

- Tak twierdził kupiec.  - mężczyzna kucnął i otworzył plecak, a po chwili oczom niewiasty ukazały się różnokolorowe tkaniny.

- Sporo tego. - uśmiechnęła się zadowolona,  lecz po chwili zdała sobie sprawę, że najemnik wypowiedział przed chwilą magiczne słowo "kupiec", które dotarło do niej z nieznacznym opóźnieniem. - Mam nadzieję, że wciąż żyje. Nie jesteśmy bandytami, żeby zabijać każdego napotkanego kupca. Mamy swój cel w tej podróży! 

- Oczywiście, moja pani. Żyje, i ma się dobrze. Jest nawet w obozie..

- Ah... To dobrze. W takim razie możesz odejść i pozwól mu opuścić obozowisko. A za te suknie dajcie coś do jedzenia.  - machnęła ręką, jakby popędzała swojego podwładnego. Nie za wiele myślała o wartości jedwabiu w porównaniu do jadła, ale to chyba niewielka cena za darowanie mu życia. Poza tym materiału nie zje, gdy będzie głodny.

- Zrobię, jak rozkażesz. - najemnik ukłonił się lekko i opuścił namiot.

Oczekiwanie na panią najemników coraz bardziej wydłużało się. Minęło już sporo czasu od zniknięcia Reevosa. Księżyc przysłoniły kłębiaste chmury i stało się ciemniej.

Chłopak miał problemy z usiedzeniem w miejscu, szczególnie, że wszyscy wokół dobrze się bawili. Większość już się zataczała, inni śpiewali, a jeszcze inni zajadali się pieczonym mięsiwem. Chciał się podnieść z ławy, ale dłoń na jego ramieniu uniemożliwiła mu to. Poczuł, jakby chwyciła go za serce i ścisnęła mocno.

- Uważaj chłopcze. Tym razem nie masz na sobie czaru niewidzialności... - szept wpadł do jego ucha, a on wiedział do kogo należy. Czy naprawdę nic nie da się ukryć przed jego mistrzem? Czy to może kolejna próba?

Otillo zrozumiał i poczekał, aż towarzyszący im mężczyźni na ławach stracą czujność. Dobrze, że nie byli zbytnio strzeżeni. Poza tym wino i piwo w dużych ilościach mocno wpływa na percepcję. Okrył się płaszczem i założył kaptur na głowę, po czym czmychnął w stronę namiotu. Lawirując pomiędzy najemnikami, ławami i beczkami dotarł do miejsca, gdzie widział Reevosa po raz ostatni. Oceniając ogromny namiot, postanowił go obejść i poszukać luki w materiale. Ku swojemu zdziwieniu znalazł ją dość szybko i zajrzał.

W namiocie nie było już wojownika, którego spodziewał się zastać. Oczom dwunastolatka ukazała się filigranowa postać o mlecznobiałej skórze. Kobieta nie miała na sobie choćby skrawka materiału. Chłopak przełknął głośno ślinę, przyglądając się zachłannie jej nagiemu ciału. Pierwszy raz widział kobietę bez żadnego ubrania. Co z tego, że stała do niego tyłem, oczy ślizgały się po jej ciele od stóp do głowy, na dłuższą chwilę przystając na krągłych pośladkach. Zaraz po nich dość mocno zaciekawiły go blizny na jej szczupłych plecach. Układały się w chaotyczny wzór - niektóre proste, inne zaś po skosie, w pewnym miejscach nawet przecinały się ze sobą. Były już blade, zagojone, co świadczyło o tym, że powstały dawno temu.

Płomiennowłosa nachyliła się nad plecakiem i zaczęła przebierać w sukniach, przykładała do gładkiego ciała jedną za drugą, aby sprawdzić czy jej pasuje. W końcu zdecydowała się na ostatnią - zieloną.

- Będzie pod kolor oczu! - dźwięcznie mruknęła pod nosem i przekręciła głowę. Loki opadły jej na twarz, gdy schyliła się, widząc czarną okładkę księgi z wygrawerowaną po środku runą. Powoli podniosła grimuar, zieloną suknię wypuszczając z dłoni, która, jak wiele innych, upadła na podłogę. Przewertowała kilka stron i otworzyła szerzej oczy, po czym szybkim krokiem poszła w głąb namiotu, znikając chłopakowi z pola widzenia.

- Eh...  - westchnął Otillo i odchylił głowę od rozerwanego materiału. Zamykając oczy, chciał się skupić i pozbierać myśli. Co dalej? Kobieta znalazła griumar Dorite. Domyślał się, że go nie odzyska, bo nie będzie mógł wejść do namiotu. Szkoda, bo nawet nie zdołał go poczytać, a zżerała go ciekawość, co za zaklęcia były w środku.

Po chwili otworzył oczy, a przed nimi pojawiła się piękna, młoda twarz należąca do kobiety, którą przed chwilą podglądał. W jej szmaragdowych oczach rozbłysły figlarne iskierki.
Złapała go mocno za poły płaszcza.

-  Pójdziesz ze mną, mój mały podglądaczu. - wyszczerzyła zęby i wciągnęła go do środka.

wtorek, 3 lutego 2015

Akt I (cz.IV)

LEKCJA

 

Bagna rozciągały w promieniu kilometra. Próżno było szukać drzew czy zwierząt. Pozostałości, takie jak wielkie gałęzie, głazy, pojedyncze krzaki - osadzone na jednej z malutkich wysepek - fragmenty budowli, wystawały z bulgoczącej i gęstej cieczy. Zamek w centrum stał się jedyną ostoją dla żywych, ale gospodarz nie miał w zwyczaju wpuszczania za mury przypadkowych wędrowców. Szczególnie tych przechadzających się jedyną drogą na bagnach. Droga znikała w ścianie liściastych drzew, które oznaczały koniec mokradeł.



Właśnie tą drogą szedł Xalixyn, wraz ze swoim podopiecznym.

Chłopak z każdą chwilą coraz bardziej odczuwał ciężar skórzanego plecaka. Zastanawiał się, czy faktycznie nie zabrał za dużo zbędnych rzeczy. Przystanął na moment i rozejrzał po ponurej okolicy.

- Mistrzu? Czy jak będziemy w Caelfall, nauczysz mnie, jak posługiwać się magią? - zapytał z nadzieją wyczuwalną w jego głosie.

Mag przystanął, słysząc jego słowa. Spojrzał przez ramię na chłopaka. 

- Bardzo chcesz nauczyć się zaklęć? A teorię już znasz?

- Tak! - wyraz twarzy chłopaka zmienił się na bardziej radosny, gdy mistrz zgodził się go wysłuchać i nie zrugał go.

- Dobrze. Zacznijmy pierwszą lekcję tutaj...

- Tutaj? Ale... - chłopak urwał, gdy tylko poczuł mocne szarpnięcie. Nim się zorientował jego ciało zawisło nad bulgoczącą cieczą, jedynie pod stopami nadal czuł twardą ziemię. Ciężar plecaka z każdą chwilą ciągnął go do dołu. Palce mocno wczepił w przedramię Xalixyna. - Mistrzu.. przestań, proszę!

- Pytanie pierwsze. - mag nie zamierzał przystawać na prośby jasnowłosego. - Ile jest głównych ścieżek magii?

Otillo nie mógł pozbierać myśli, ponieważ wszystkimi siłami skoncentrował się na przeżyciu i nie puszczeniu przedramienia swojego mistrza.

- Cz... cztery..  - odpowiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy.

- Źle. - pchnął ręką lekko, aby chłopak jeszcze się obniżył, jeszcze dwie błędne odpowiedzi i zostanie pochłonięty przez bagno. - Siedem. Pytanie drugie: kto jest Arcymagiem kontynentu Miraden? 

Dwunastolatek zaczął panikować, jego nogi długo nie wytrzymają.

- Erdenis.. Razier... - przełknął ślinę.

- Dobrze. Pytanie trzecie: Kto cię nauczył czytać magiczne zwoje?

Oczy chłopaka otwarły się szeroko. Jednak mistrz wiedział o jego podglądaniu.

- D-Dorite.. - odpowiedział drżącym głosem.

- Tak myślałem. - szarpnął chłopaka do siebie.

 Otillo padł na kolana i podparł się rękami, łapiąc oddech. Czuł, jak serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi.

- Lekcja pierwsza. Zapamiętaj! Musisz szybciej reagować w takich sytuacjach. Nie mogłeś pozbierać myśli, a nikt nie będzie czekał, aż swobodnie wyciągniesz swój zwój i rzucisz zaklęcie. A jeżeli myślisz, że tak właśnie będzie, to następnym razem zginiesz.. Może nawet z mojej ręki. - stwierdził oschle i ruszył przed siebie. - Podnoś się i chodź! Powinienem zamknąć cię w lochach za złamanie zakazu, ale jesteś mi na razie potrzebny. Następnym razem proś o naukę, gdy już przeczytasz kilka ksiąg i, przede wszystkim, poznasz teorię.

Chłopak ciągle był w szoku, ale bijące mocno serce utwierdzało go w przekonaniu, że nadal żyje. Kolejna zagrywka Xalixyna - ileż to już ich zliczył. Czasami lubił znęcać się nad nim i karać za najmniejsze przewinienie. Tym razem jednak nauczył go czegoś pożytecznego. Przez kilka lat sprzątał i wykonywał rozkazy swojego opiekuna. Nie posiadali żadnej służby. Cały zamek zamieszkiwali oni, Givlert, który teraz przejął rolę gospodarza oraz Dorite, która została wysłana z zadaniem. A on ciągle czekał na chwilę, kiedy będzie mógł za pomocą własnych rąk zawirować magiczną energią i ją uwolnić. W głębi ducha dziękował Dorite, że zostawiła grimuar i pamiętnik - będzie miał sporo czasu, aby przestudiować każdą stronę.

Podniósł się z kolan i popędził za mistrzem, nie mówiąc już nic.

Po jakimś czasie wyszli z bagien.

Ścieżka między drzewami i gęstymi zaroślami była dość wąska, prowadziła do głównego traktu. Od czasu do czasu z ich głębi dobiegał świergot ptaków oraz odgłosy innych, mniejszych zwierząt. Gałęzie trzeszczały, liście szumiały, jakby rozmawiały ze sobą o każdym, kto tędy przechodził, jakby ostrzegały podróżników. Jednak na koniec dały schronienie przed nocą. 

 Następnego dnia z samego rana ruszyli dalej, w kierunku najbliższej wioski.

Marsz w milczeniu okropnie się dłużył. 

Otillowi nagle brakło sił i padł na kolana, tym samym zatrzymując swojego mistrza.

Nie zarządziłem żadnej przerwy. - odpowiedział podirytowany mężczyzna.

- Mistrzu, już nie mam siły, ten plecak jest za ciężki.. maszerujemy bez żadnej przerwy. - zdjął go z pleców i postawił obok.

- Więc spraw, żeby był lżejszy! Inaczej będziesz musiał z nim biec, aby mnie dogonić.

- Nie ładnie tak wykorzystywać dzieciaka. - zza drzew rozszedł się głos, a zaraz za nim wyłoniło się sześciu nieznajomych w czarnych płaszczach i niebieskich, ćwiekowanych zbrojach. Każdy z nich trzymał oręż. 

Mężczyzna po środku różnił się od wszystkich pozostałych: pierwszym, co go wyróżniało, była kolczuga oraz dwuręczny, obusieczny topór, o który się oparł. Był wysoki, o szerokich ramionach. Bez włosów na głowie, jeno z krótką bródką wokoło ust - wykrzywiały się one teraz w lekkim uśmiechu, gdy patrzył na Xalixyna.

Mag wyczuwał jeszcze w pobliżu trzech lub czterech łuczników, skrytych na drzewach albo pomiędzy nimi. Ciężko by mu było walczyć przeciwko wprawnym wojom bez wcześniejszego przygotowania. Szczególnie, że miał powód, aby unikać walki.

Postanowił rozegrać to w inny sposób.

- Wybacz panie. Mój pomocnik musi czasem wiedzieć, gdzie jego miejsce. Jest jeno sierotą, która za prace otrzymuje wyżywienie i kilka miedziaków.

- Za pracę? A nad czym pracujecie po środku drzew. Nadeszliście z bagien?

- Wędrujemy. Jestem kupcem, a on moim pomocnikiem. - skinął lekko głową i dodał w myślach coś o chędożonym i podejrzliwym łysolu.

- Ah. A czym handlujesz, kupcze... - wojownik zaakcentował wyraźnie ostatnie słowo.

- Tkaninami, jedwabiami. Ostatnio zamówienie dostaliśmy z Caelfall, więc nie mamy towarów na handel z podróżnymi. Hrabina zażyczyła sobie kilka sukienek dla swej córki. - Xalixyn miał nadzieję, że jego uczeń jednak nie wyrzucił tych szmat Dorite i będą mogli bez straty sił oraz czasu opuścić to miejsce.

- Pokaż. - rozkazał osiłek.

- Pokaż mu... - mag machnął ręką. - Wyciągnij jedną z sukienek.

Otillo głupi nie był i domyślał się, że jeżeli tego nie zrobi, czeka ich niezbyt przyjemne zakończenie. Z jednej strony miał ochotę wypróbować jeden ze zwojów, które trzymał w tubie, a z drugiej widział przewagę nieznajomych i ewentualne przypalanie ogniem, gdy zirytuje Xalixyna. Otworzył plecak i wyciągnął delikatny, prześwitujący materiał o kolorze polnej zieleni.
Rozciągnął go.

- Takie coś? - wojownik spojrzał porozumiewawczo na kompanów i podszedł do Otilla, dotykając szorstką dłonią jedwabiu. - Delikatne. Może się spodobać naszej pani...

- Wybacz, ale chciałbym przypomnieć, że to wszystko jest zarezerwowane dla naszej klientki w Caelfall.. - szybkie machnięcie topora przerwało dalsze słowa maga. To chyba nie był najlepszy moment na polemikę z barbarzyńcami, którzy nie umieją się zachować. Wykrzywił twarz w grymasie.

- Milcz! Inaczej stracisz głowę, zamiast bagażu. - ryknął. - Pomóżcie chłopakowi z tym wielkim plecakiem. Dziw, że tyle wytrzymał, mając coś takiego na plecach. - skierował słowa do towarzyszy i spojrzał jeszcze na srebrnowłosego. - Jak się zwiesz.. kupcze?

- Nyxliax, panie, a ty?

- Reevos. A teraz ruszaj.



Grafika przedstawia strażnika bagien:
http://czarnystefan.deviantart.com/art/Forest-449762485

niedziela, 25 stycznia 2015

Akt I (cz.III)

PODRÓŻ

 

Słońce wyłoniło się leniwie zza horyzontu i przepędziło z czasem mgłę bagien. Niedługo potem jego promienie oświetliły cały majestat zamczyska na samym środku tych niebezpiecznych terenów. Wokoło nie było nawet jednego żywego ducha, stwory pochowały się do swoich legowisk.

W pomieszczeniu z kołowrotkiem, za którego pomocą można było podnieść grube, żelazne bramy, czekał Gilvert. Obserwował okolicę, aby powiadomić mistrza i jego podopiecznego, że czas wyruszać. Mógł ich dostrzec przez specjalny otwór przy podłodze.

Xalixyn pomimo swojej natury i ponadprzeciętnego umysłu, nie był starcem. Miał lekko ponad trzydzieści pięć ludzkich lat. Jego sylwetkę - szczupłą, jak na maga przystało - opinała jedwabna tunika i spodnie, zaś stopy okolone były w miękkie, skórzane buty o wysokich cholewach. Ubrał się w odcieniach czerni i brązu, bez herbu i żadnych fikuśnych wzorów, ukrywając wszystko, prócz twarzy, pod znoszonym płaszczem z jedwabiu. Nie nosił szat, bo łatwo można je podrzeć podczas podróży, poza tym nie chciał się w nich wyróżniać. Skórzany pas opinający biodra, utrzymywał mieszek ze złotem, kilka specjalnych sakiewek na komponenty, a także tubę ze zwojami. Przy lewym boku przytroczon miał sztylet w razie, gdyby jego magiczne ataki zawiodły.

- Cholera.. - syknął, przecierając palcami zakurzoną, rękojeść w kształcie trzech przeplatających się węży, których otworzone paszcze tworzyły głownię. - Dawno wami nie władałem, pewnie nie zabiłbym teraz nawet jelenia.. widocznie zrobiłem się zbyt uzależniony od magii. - ostatnie słowa wypowiedział szeptem i ostrożnie wyciągnął srebrny oręż koloru jego długich i prostych włosów. Miał nadzieję, że szybko odzyska wprawę we władaniu nim. Uniósł go, aby zobaczyć swe odbicie. Bursztynowe oczy nie okazywały, żadnych emocji, ale w odbiciu tuż za sobą, dostrzegł niedużą sylwetkę, która o mało co nie przewróciła się pod naporem plecaka.

- M- Mistrzu...!

- Spóźniłeś się! - krzyknął mag i z powrotem schował swój sztylet do pochwy, odwracając się w stronę Otilla. Jego plecak wydawał się zbyt ciężki. Widocznie upchnął tam jakieś niepotrzebne rzeczy. Niemożliwe, żeby sucha strawa i bukłaki wody zmagały chłopaka.

- Wybacz mistrzu.. - schylił głowę na znak przeprosin i przyglądał się czubkom swoich butów. Słomiane loki opadły na jego twarz.

- Zdejmij plecak.

- Ale..

- Już!

Drżącymi dłońmi dwunastolatek ściągnął plecak i postawił go przed mistrzem, nic nie mówiąc.

- Otwórz go!

Posłusznie rozwiązał rzemyki i otworzył szeroko.

- Co to ma być?! Co to za łachmany! - widocznie zirytowany Xalixyn wyciągał z plecaka jedwabne szaty oraz suknie, różne kolory zawirowały na wietrze, gdy materiał upadł na bruk zamkowego placu.

- Myślałem... że..

- Myślałeś?! - przerwał mu mag. - To nie zdarza się dość często. - na jego licu pojawił się grymas niezadowolenia. - Myślałeś, że będziemy to ze sobą taszczyć?!

- Ale... to dla Dorite...

- Ty.. ty.. głupcze! Myślałeś, że ona czeka w lesie, tuż za bagnami, że uściska ciebie jak swojego małego i niezdarnego braciszka?! Ona jest daleko stąd! Nie wiadomo, czy kiedykolwiek ją spotkamy, nie możemy zajmować się takimi głupotami! - uniósł rękę i mierzył w policzek swojego ucznia.

- Mistrzu! - krzyknął Givlert, zwracając uwagę mężczyzny i tym samym uratował lico jasnowłosego od uderzenia. - Strażnik bagien zapadł w sen.

- Hm.. - mag opuścił rękę i wtedy doszło do niego, że znowu dał się sprowokować głupiemu chłopakowi. Chyba za bardzo bierze do siebie jego bezmyślne zachowania, ale zamiast bicia go przed podróżą, wpadł na inny pomysł. - Schowaj to i ruszajmy! - rozkazał i odwrócił się na pięcie.

Chwilę potem brama zaczęła się unosić, gdy tylko kołowrotek został wprawiony w ruch. 

Otillo chował kolorowe suknie do plecaka, miał tam też inne rzeczy, które ważyły więcej, a jego najcenniejszym znaleziskiem w pokoju Dorite był starannie oprawiony grimuar. Dziwił się, że nie zabrała go w podróż, ale postara się go poczytać podczas chwili na spoczynek. Miał jeszcze jej pamiętnik i tubę ze zwojami., które ukrył głębiej pod sukniami dziewczyny. 
Powiew wiatru rozwiał jego słomiane loki i przykuł spojrzenie chłopaka na bagna o poranku. W nocy dochodziły różnorakie odgłosy, ale też i ludzkie krzyki.
Kto zapuszczał się na tereny Adriellów, nie wychodził żywy.
On wiedział, że nie był jednym z rodu Adriellów, a gdy tylko oddali się od mistrza - zginie.

Minęło sporo czasu, zanim dla dwójki podróżników zamek wydawał się o połowę mniejszy, niż na początku.

Otillo jeszcze zdołał dostrzec nad bramą potężną sylwetkę Givlerta, która teraz wyglądała jak jego miniaturka. Z pewnością się im przyglądał. 

Gardalh odprowadzał ich wzrokiem.

- Co teraz zrobisz Givlercie? - szept wpadł do jego lekko spiczastego ucha, a on machnął wielką ręką, jakby chciał odgonić muchę.

- Idźcie stąd! - nakazał.

- My już odeszliśmy, dawno temu... - kolejny szept dobiegł z drugiej strony, a przed szkarłatnymi oczami stwora pojawiła się przeźroczysta sylwetka. Mimo eterycznego kształtu, łatwo można było rozpoznać w niej podobiznę szlachcica. - Gdy nie ma tu sygnetu Xalixyna budzimy się do życia, a to temu zawdzięczasz zdjęcie pieczęci  gardalhu.

- Gardalhu? Skąd mnie znacie? - zdziwił się Givlert. Nie był człowiekiem. Stworzony na jego kształt, miał w sobie krew i zwłoki wielu różnych ludzi, którzy w połączeniu z czarną magią stworzyli tego wojownika, jak i lojalnego sługę. Świadczyły o tym widoczne szwy oraz szramy na jego ciele.

- Wiemy jak powstałeś. Wyglądasz jak człowiek, ale masz w sobie także mroczną magię. Niedługo przyjdzie kres Xalixyna, kres ostatniego z Adriellów, twój kres i tego zamku. - zaśmiał się duch. - Nigdy mu nie przebaczymy tego co zrobił, będzie błąkał się po bagnach jak my, stanie się upadły i plugawy jak każden z nas!

Przed Gardalhem, pojawiło się wiele podobnych zjaw, każda różniła się od siebie, inny wiek, płeć, ubiór, ale rysy twarzy były niezwykle podobne. Nie spotyka się chłopów z tak wyrazistymi rysami twarzy, a mimo swej eteryczności ta była najlepiej widoczna.

- Obronisz ten zamek? Obronisz tego plugawca, którego zwiesz mistrzem?

- Milcz! Nie pozwolę ci... - Givlert machnął swoją nienaturalnie długą ręką i rozwiał zjawę, która chwilę potem pojawiła się za nim i zaśmiała gromko.

- On zginie i nic tego nie powstrzyma, zginie niedługo, połączy się ze śmiercią, a ty będziesz czekał przez całą wieczność..

Po ostatnich słowach zjawy zniknęły. Słońce było coraz wyżej i nie mogły zbyt długo przebywać w tym świecie za dnia. Wyjątkiem był tylko ten czas, gdy sygnet Xalixyna opuścił wraz z nim mury zamku.
Wyjątkiem, a także początkiem przepowiedni.

niedziela, 18 stycznia 2015

Akt I (cz.II)

DECYZJA


Otillo przez długą chwilę przypatrywał się szerokim, drewnianym drzwiom, które prowadziły do jadalni. Właśnie tutaj miał się spotkać z Xalixynem na ich wspólnym posiłku. Wydawało mu się, że poznał wszystkie układy bruzd, gdy starał się zebrać w sobie odwagę. Odetchnął głęboko i uniósł drżącą dłoń, zaciskając ją w pięść.

Kilka szybkich, niepewnych uderzeń, wyznaczyło rytm pukania.

Głos zza drzwi niecierpliwym tonem nakazał wejść.

Wielka jadalnia znajdowała się w zachodnim skrzydle zamczyska, było tylko jedno takie pomieszczenie. Po zobaczeniu długiego, prostokątnego, hebanowego stołu oraz wielu krzeseł z wysokimi oparciami, które rzucały się na pierwszy plan, uwagę przyciągał szereg okien: wąskich, długich, zakończonych łagodnym łukiem, umieszczonych w niewielkich odstępach od siebie - odsłaniały całą panoramę okolicy.

Bagna.

W ten krajobraz wpatrywał się zamyślony mag, lecz gdy tylko usłyszał skrzyp nienaoliwionych zawiasów, od razu przeniósł spojrzenie na chłopaka. Mrugnął oczyma, przyglądając się chudej i niskiej sylwetce.

Jego słomiane, kręcone włosy zatańczyły przez moment w powietrzu, gdy przekręcił głową, przygotowując się do szybkiego opuszczenia jadalni. Jednak w ostatniej chwili powstrzymał w sobie tę żądzę i zrobił kilka kroków w przód. Chwilę później stał przed swoim mistrzem i ukłonił się, tak jak wymagał tego pan od swojego sługi.

- J-jestem, mistrzu... - powiedział z lekkim zająknięciem. Zawsze bał się opiekuna, a przede wszystkim, gdy ten wymierzał mu karę. Perspektywa powrotu do zimnej i ciemnej izolatki pod nadzorem Givlerta nie wydawała się najmilszą. Zapamiętał, że nie można wchodzić do jego komnaty bez pozwolenia.

- Usiądź.

Chłopak przekręcił się na pięcie w bok i ruszył w stronę drugiego końca stołu, który znajdował się co najmniej kilka metrów dalej.

- Stój. - zatrzymał go mistrz.

- T-tak?- zapytał lekko zdezorientowany chłopak.

- Usiądź na krześle obok, jest coś o czym musimy pomówić..

Słowa te sprawiły, że uczeń lekko zadrżał, a jego powieki otworzyły się szerzej.

Mając coś na sumieniu człek myśli, iż wszystko - a przynajmniej znacząca większość - jest związana właśnie z tym. Dziecko, które coś przeskrobało musiało przeżywać jeszcze większą obawę, szczególnie, że młodzian do jadalni bywał zapraszany jedynie w ważnych sprawach i rzadko kiedy miał okazję zjeść naprawdę dobry i ciepły posiłek.

Tylko wytrwałość Otilla pomogła mu w momencie, gdy wgramolił się na dość niewygodne i duże krzesło obite purpurowym, miękkim materiałem. Nauczony do pewnego stopnia uległości, nie zamierzał się tak łatwo poddawać, czas na płacz przyjdzie później, zgrzyt zębów zdusił jego krzyk strachu, który chciałby się wyrwać z piersi. Musiał być silny, powtarzał w myślach. Dłonie położył na stole i splótł ze sobą palce, oczekując w milczeniu dalszych słów swojego mentora.

Mag uniósł lekko kąciki ust.

Obserwacja dwunastolatka była niezwykle zabawna, zwłaszcza w momentach, gdy toczył wewnętrzną walkę. Od razu widać było po nim, że miał coś na sumieniu, a to znaczyło tylko jedno:  widział wczorajszej nocy rytuał - albo jego część.

Dzieci od chwili nauczenia się mowy i konstruowania prostych zdań, mówią, co im ślina na język przyniesie, całą prawdę oraz wszystko, co widziały - co czasami niesie za sobą więcej szkód, niż korzyści. Nieco starsze zaczynają kłamać w obawie przed karą, która wiązała się z bólem, a przecież każde dziecko boi się bólu fizycznego. Dorastając, kłamstwo staje się codziennością i jest wiele powodów, dlaczego tak właśnie postępują.

Powodem kłamstw Otilla stał się fakt, że z upływem lat poznał gniew oraz srogość Xalixyna - właśnie to spowodowało, że mało kto był w stanie przeciwstawić się jego przytłaczającej woli.

Jeszcze przez chwilę mag przyglądał się licu chłopaka, zastanawiając się, co się kryje za tymi przestraszonymi, niebieskimi oczami.

- Jutro.. gdy tylko świt rozwieje mgłę bagien, opuszczamy zamek. - oznajmił.

Wyraźne zdziwienie wymalowało się na twarzy Otilla, gdy tylko dotarły do niego słowa, których w ogóle się nie spodziewał. Myślał o karze jaką będzie musiał znieść, a nie o tym, że muszą opuścić zamczysko.

- Opuścić zamek. Ale... dlaczego?! Dlaczego ja też mam iść?! - powiedział już głośniejszym tonem, zapominając na chwilę o swoich wcześniejszych obawach.

- Ponieważ miejsce sługi jest przy jego panu, zresztą może czegoś się nauczysz, jeżeli wykazujesz takie zainteresowanie.. magią. - wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo. - Chyba, że wolisz zostać z Givlertem...

Chłopak wzdrygnął się na samą myśl o tym przerażającym stworzeniu, o którym wspomniał jego mistrz. Chciał coś odpowiedzieć, ale ten zamiar przerwał przeciągły skrzyp towarzyszący otwieraniu drzwi.

W nich stanęło stworzenie, o którym była mowa.

Givlert wyglądał prawie jak człowiek - w pewnym sensie. Budowa jego ciała przypominała człowieczą, jednak był od niego potężniejszy. Mimo, że ciągle chodził przygarbiony, mierzył ponad dwa metry. Przemierzał korytarze boso, w podartych płóciennych spodniach. Pozbawiony owłosienia na ciemnoszarej skórze, którą szpeciły szwy i blizny, patrzył swoimi szkarłatnymi, błyszczącymi ślepiami na mistrza i jego ucznia siedzących przy stole. W nienaturalnie długich, wielkich ramionach trzymał srebrną tacę z jadłem.

- Mistrzu, przyniosłem posiłek. - skrzeczący głos rozszedł się po jadalni.

Skinięcie głowy maga świadczyło o zgodzie, żeby istota przekroczyła próg pomieszczenia.

W przeciwieństwie do Otilla, Givlert był niezwykle lojalnym i uniżonym sługą. Zajmował się sprawami jadła i nigdy nie sprzeciwił się Xalixynowi. Mimo jego dziwacznego wyglądu i charakterystycznego, dużego garbu, był wyśmienitym kucharzem. Jak tylko postawił jadło w półmiskach i gliniany dzban na stole, opuścił pomieszczenie.

- Masz resztę dnia na przygotowanie rzeczy, który będziesz dźwigać. Weź tylko te najpotrzebniejsze, strawę i wodę da ci Givlert. - rzekł Xalixyn, powoli i starannie krojąc upieczone mięsiwo, które pachniało niezwykle zachęcająco. Robił to z gracją obcą przeciętnemu człekowi, widocznie już dawno obył się ze sztućcami.

Nim zdążył pokroić, usłyszał mlaskanie.

Szczupłe lico, o wklęsłych wręcz policzkach, jasnowłosego chłopaka zostało zapchane w całości mięsem, które złapał w ręce i zaczął gryźć. Widocznie nie jadł czegoś tak dobrego od bardzo dawna. Puścił jedynie przepraszające spojrzenie w stronę mistrza i przełknął dość spory - jak na niego - kęs.

- Nie wiedziałem, że ktoś był na polowaniu... - odpowiedział i popił wodą..

- Givlert się wszystkim zajął, zna te bagna dość dobrze.

- Aha. - Otillo kiwnął głową. - Chciałbym pożegnać się z Dorite... przed odejściem.

- Dorite? - mag uniósł brew w zdziwieniu i spojrzał na mały kawałek pieczeni nabity na jego widelec, który po chwili zniknął w jego ustach. Smak rozszedł się po podniebieniu, a delikatne ciepło po chwili nawiedziło jego przełyk.

- Tak, ale nie widziałem jej od kilku dni. - chłopak posmutniał, gdy wspominał starszą od niego dziewczynę.

Była mu niezwykle bliska. Przed pojawieniem się nowego ucznia, w zamczysku zajmowała się przede wszystkim sprzątaniem. Pierwsza uczennica, która została zaraz potem adeptką magii u Xalixyna, zaś Otillo zajął jej poprzednie stanowisko. Sprzątał i w przerwach podglądał jak dziewczyna rozwija swój talent, a gdy go przyłapała, zawsze posyłała mu wesoły uśmiech. Miłe usposobienie, szczerość i dobroć, to cechy dawno zapomniane przez wielu, lecz cechy najlepiej opisujące jestestwo Dorite.

- Dorite wyruszyła kilka dni temu, aby wykonać powierzone jej zadanie. Możliwe, że spotkamy ją podczas naszej podróży. 

- Nie mogę się doczekać! - dwunastolatek niezwykle ożywił się na wiadomość o jej potencjalnym spotkaniu i wytarł wierzchem dłoni tłuszcz, jaki osadził się na jego wargach. - Ale gdzie wyruszamy?

- Z pełnym żołądkiem niezwykle się spoufalasz! - warknął jego mistrz, lecz po chwili postanowił wybaczyć mu to przewinienie, wiadomość o celu podróży wystarczająco go dobije. - Wyruszamy do Caelfall.

Chłopak zamarł w bezruchu.

Zszokowany patrzył przed siebie i nie dowierzał, że ma powrócić do piekła, z którego wydostał się kilka lat temu. Późniejsze słowa maga już do niego nie docierały, jakby uciekł do innego świata...

sobota, 10 stycznia 2015

Akt I (cz.I)

  RYTUAŁ

 



Komnata nabierała barw przez migające weń płomienie. Przechodziły one stopniowo z żółci w pomarańcz, następnie zmieniały się w czerwień, aż przy końcu w fiolet i czerń. Po głuchym wybuchu magicznej energii w pomieszczeniu znowu zapadła ciemność. Delikatna mgła rozeszła się po posadzce i uciekła na korytarz lekko uchylonymi drzwiami, a ciężki i nierówny oddech mężczyzny świadczył o tym, że manipulacja zaklęciem potrafiła zmęczyć.

Xalixyn od pewnego czasu zdawał sobie sprawę, że był obserwowany, jednak nie przerwał kolejnej inkantacji. Poczuł na swojej rozgrzanej przez wysiłek skórze chłód powietrza, które wleciało z korytarza, lecz jego dłonie nadal wiły się niczym dwa tańczące ze sobą węże. Pomiędzy nimi wisiało w powietrzu, otoczone ponurą aurą, kościane przedramię. Mężczyzna odgarnął z czoła kosmyk białych, mokrych od potu włosów i kontynuował. Otwierał usta co chwila, a spomiędzy nich wydobywały się niezrozumiałe - dla większości istot - frazy nasączone magią. Stracił zainteresowanie nieproszonym obserwatorem, ponieważ musiał przebić się jeszcze przez co najmniej pięć silnych, magicznych barier.

Podekscytowany oraz zaintrygowany młodzieniec przyglądał się tajemniczemu rytuałowi.

Dwunastoletni chłopak jeszcze nigdy nie był świadkiem tak ważnego przedstawienia ze strony swojego mistrza, ale dzisiejszej nocy stało się inaczej. Nie zważając na wcześniejsze przestrogi mentora, zerwał się z łóżka i przebiegł całe zamczysko, żeby tylko tutaj dotrzeć - wcześniej czyniąc odpowiednie przygotowania do tego występku. Na końcu labiryntu ciemnych korytarzy czekały te zakazane drzwi. Ciekawość wzięła górę, chociaż coś mu mówiło, że czeka go sroga kara, jeżeli tylko zdradzi swoją obecność.

Otillo głośno przełknął ślinę, a jego oczy otworzyły się szeroko, gdy kościane przedramię zaczęło stopniowo rozpadać się na drobne kawałeczki, aż w końcu zniknęło. Z pewnością świadczyło to o tym, że rytuał dobiegł końca.

Triumf – w postaci znikomego uśmiechu – zagościł na twarzy maga, lecz gdy skierował spojrzenie w stronę drzwi, jego bursztynowe oczy nie natrafiły na nikogo, kogo obecność wyczuwał wcześniej. Długie godziny stania na nogach i ciągłe tkanie zaklęć, z niewielkimi przerwami, odebrały mu wszystkie siły. Zachwiał się, gdy poczuł, jak nogi mu się uginają i podparł się ręką o stolik, przy którym odprawiał rytuał.

Ciężar jego ciała sprawił, że stolik poruszył się gwałtownie, a gliniana czarka przy krawędzi zakołysała się i spadła na posadzkę. Rozbiła się, wylewając całą zawartość pod postacią ciemnoczerwonego płynu, który powoli popłynął pęknięciami na kamiennej posadzce.

Mag nie przejął się rozbitą czarką i wylaną krwią. Przez chwilę był zaintrygowany swoją prawą ręką. Wyciągnął ją przed siebie, powoli przekręcając w lewo i prawo, jakby chciał dostrzec jakąkolwiek zmianę.

Jedyną zmianą była głęboka, paskudna blizna, ciągnąca się od nadgarstka aż po łokieć, jednak nie przypominał sobie, żeby odczwał jakiś ból podczas rytuału, a tym bardziej - żeby miał tę bliznę przed jego rozpoczęciem.

- Nie zauważył cię? - mag uniósł lekko prawą brew, patrząc w stronę drzwi, a zaraz potem opadł zmęczony na miękki fotel nieopodal niego. Nie było wiadomym do kogo kierował swoje słowa, bo długa cisza sugerowała, że był w komnacie zupełnie sam.
Drzwi od komnaty otwierało się do wewnątrz, więc martwym punktem było to, co miały zakrywać zaraz po otworzeniu. Gdyby jednak zostały otwarte na oścież przez chłopca, który podglądał, istniało duże prawdopodobieństwo, że napotkałyby pewną przeszkodę i uderzyły w nią, a wtedy truchło dziewczyny zawirowałoby w powietrzu kilka razy i pojawiłoby się przed nosem nieproszonego gościa.

W miejscu, gdzie mag spoglądał przed chwilą, kierując swe pytanie, spod sufitu, na grubej linie owiązanej wokół kostek zwisało pozbawione głowy ciało nagiej dziewczyny. Krew zdążyła już w całości spłynąć do dużego, drewnianego wiadra, nad którym wisiała ofiara. Ciało nie było jeszcze w fazie rozkładu, co oznaczało, że zginęła stosunkowo niedawno, z pewnością potrzebna jako jeden z komponentów.

- Mistrzu? - cień zamigotał na korytarzu, tuż przy drzwiach i zatrzymał się.

Gdzieniegdzie pochodnie dawały światło, więc można było zauważyć, że ktoś spaceruje po zamku.

- Ah, to ty, Givlercie. Myślałem, że to nasz mały, ciekawski uczeń, który lubi wtykać nos w nie swoje sprawy.

- Ke, ke. - Givlert zaśmiał się dziwacznie na wspomnienie o uczniu. Ten chłopak potrafił sprawiać kłopoty i wyprowadzać Xalixyna z równowagi.

- Widziałeś go? - zapytał mag.

- Kogo? - nie za bardzo rozumiał pytania. Przecież nikogo nie zauważył na korytarzach, gdy zmierzał do tej komnaty, a tym bardziej Otillo.

Mag machnął ręką, dając do zrozumienia Givlertowi, że pytanie jest nieważne i spojrzał na martwą dziewczynę – ciągle wisiała w bezruchu nad dużym wiadrem – zaraz potem zerknął na zniekształcony cień Givlerta i zamknął ciężkie ze zmęczenia powieki.

Jak to się stało, że taki twór jak Givlert, nie był w stanie zauważyć tego dzieciaka? Pomyślał Xalixyn, ale moment później znalazł odpowiedź. Kilka dni temu zniknął jeden z jego pomniejszych zwojów, być może Otillo umyślnie wybrał z całej tuby ten najbardziej użyteczny, żeby niezauważonym zwiedzać cały zamek. Wydawało się, że chłopak nie był taki głupi i taki posłuszny, na jakiego wyglądał. Zupełne przeciwieństwo Dorite.

- Posprzątać tutaj? - odezwał się Givlert.

- Zanieś zwłoki do lochów, później zrobi się z nich użytek. Jutro porozmawiam z chłopcem. Teraz jestem zbyt.. zmęczony... zrób to cicho, żeby mnie nie rozbudzić. - po tych słowach mag zapadł w głęboki sen.

Otillo, pośpiesznie kierował się do swojej sypialni. Miał tylko nadzieję, że zaklęcie pomniejszej niewidzialności było na tyle użyteczne, że jego obecność nie została wykryta przez czułe zmysły jego mistrza oraz Givlerta. Miałby nie lada kłopoty, gdyby obaj dowiedzieli się o tym, że złamał zakaz opuszczania komnaty po zmroku, a także przez to, że podebrał zwój z zaklęciem.
Zadrżał ze strachu i szybko nacisnął klamkę, aby wejść do środka. Wskoczył na łoże z baldachimem i zanurkował pod grubą kołdrą. Trząsł się jeszcze przez chwilę na myśl o karze, ale zaraz wysunął głowę spod pościeli, aby spojrzeć na drzwi.

Zamknięte.

- Może mnie nie widzieli... - mruknął do siebie i chcąc nie chcąc, zasnął.




Grafika użyta w poście:
http://stefanoscuccimarra.deviantart.com/art/Swamps-458400626
Witam Wszystkich.

Na początek słów kilka o treści, jaka będzie udostępniana na tym blogu.

Od wielu, wielu lat interesuję się tematyką fantasy. Inspirowany książkami, filmami, grami, a także innymi ludźmi, którzy tworzyli w tym klimacie (niekoniecznie znanymi autorami), sam postanowiłem założyć bloga, aby nie pisać do tzw. szuflady.

Dlaczego fantasy? Dlatego, że można tu przede wszystkim "upchnąć" każdy inny gatunek oraz jest to dość kreatywny temat. Nie trzyma się aż tak bardzo ustalonych reguł. Oczywiście, ciężko wymyślić coś naprawdę oryginalnego, ale stawiam głównie na fabułę i akcję. Chcę, aby mój czytelnik poznawał bohaterów wraz z rozwojem powieści, która będzie publikowana fragmentami na tym blogu. Klimat przewodzący całej powieści to dark fantasy, a częstotliwość z jaką zamierzam dodawać wpisy to około tygodnia lub dwóch.


Pozdrawiam i życzę miłego czytania,
M.